0001-6250-to_lubelskie-lata_co_b_sml_120

"Lubelskie lata Edwarda Stachury" - Mirosław Derecki

Autor:  Lublin Miasto Poezji
Gatunek: Proza
Wydawca: Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN"
Data wydania: 2009
Data dodania:  16 listopada 2010, 13:15:00
ISBN: 978-83-6106406-0

Krótki opis:

Książka Lubelskie lata Edwarda Stachury to najpełniejsza relacja dotycząca czasu, który Edward Stachura spędził w Lublinie. Bardzo wyraźny akcent osobisty jest jednym z komponentów tekstu i stanowi o jego wartości. Mirosław Derecki w swej relacji przywołuje różnego typu dokumenty. Przeplatając je wspomnieniami rekonstruuje związki autora Całej jaskrawości z Lublinem, a nie należały one do najłatwiejszych.

Fragment:

[1]

Pierwszy raz zobaczyłem Steda gdzieś na przełomie jesieni i zimy 1958 r., chyba w okolicy placu Litewskiego. Jawi mi się w pamięci niezupełnie wyraźna sylwetka chłopaka o bardzo młodej twarzy, nie­bieskookiego blondyna, mającego krótkie, kręcone włosy, ubranego w jasnobłękitną jeansową „olimpijką" (tak wówczas mówiono) oraz „normalne" brązowe wełniane spodnie.
Nie przypominam już sobie, kto pierwszy powiedział mi o Stachurze wtedy w 1958 roku. Może młody po­eta Andrzej Tchórzewski, może Zbyszek Domarańczyk, student filologii francuskiej KUL, współtwórca powstałego w 1957 r. studenckiego kabaretu „Sex", w którym razem wy­stępowaliśmy? Musiał to być chyba jednak Zby­szek; Sted rozpoczął właśnie studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na romanistyce, gdzie Domarańczyk - przyszły reporter i publicysta specja­lizujący się w problematyce daleko­wschodniej - pływał już od dwóch lat jak ryba w wodzie, znając wszystko i t wszystkich.
Piszę - „Sted", a nie - Edward lub Edek Stachura, bo takiego imienia - pseudonimu używał on sam, sam go sobie wymyślił; to słowo - krótkie, suche, dosadne, zdecydowane niby strzał z colta. Sted - to było imię ze świata marzeń. Ale także: pseudonim-konkret, wzięty z pierwszych zgłosek własnego nazwi­ska i imienia: ST-achura ED-ward.

 

[2]

Na młodoartystycznym lubel­skim firmamencie Stachura zabłys­nął nie od razu. (...) Jego lubelska legenda rodziła się początkowo na gruncie uniwersyteckim; Najpierw - jako po­zornie wielce prowincjonalnego pro­staczka, co to nagle... potrafił zapędzić w kozi róg asystentów i wykładowców na romanistyce swoją płynną francuszczyzną. Następnie - jako „nieobliczalnego” kontestatora, nieledwie chuligana, pokerzysty i w ogóle „złego ducha” parającego się tylko dodatkowo poezją. Sted rozwalony na ławce na środku KUL-owskiego dzie­dzińca z nogami wyciągniętymi przez całą szerokość alejki pluł „niechcący” pod nogi przechodzącym studentkom warcząc cicho: „Te k-k-urewskie d-d-drobnomieszczanki” (lekko się zaci­nał). Sted „lał się” na studenckich za­bawach i czupurnie stawał do draki podczas dancingów w reprezentacyj­nej kawiarni „Lublinianka". Sted szy­dził i spoglądał na świat spode łba. Je­szcze wówczas nie dostrzegano jego innego spojrzenia: z jego mających dopiero się narodzić wierszy, po­ematów, powieści; tej „całej jaskra­wości" Steda, tej jego „czułości”, wra­żliwości, „falowania na wietrze”...
Najbardziej charakterystyczną, ła­two rzucającą się w oczy cechą Sta­chury była, już w tamtych studenckich lubelskich latach, jego osobność. Sted nie tylko był inny - zarówno jako członek studenckiej społeczności, sza­rej masy zaaferowanej mrówczą krzą­taniną po salach wykładowych i pracowniach, jak i początkujący pisarz dystansujący się wobec zawiązują­cych się młodych grup poetyckich i ich programów.. On po prostu był zwykle sam ze sobą.
Najczęściej widywało się go jak samotnie szedł ulicą na wykłady; jak samotnie z lubością wygrzewał się na słońcu zawsze na tej samej ławce na środku KUL-owskiego dziedziń­ca po lewej stronie od głównego wejścia lub gdy samotnie siedział nad szklanką herbaty w którejś z ka­wiarń.

Komentarze (2)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się